Tzw. powszechne przekonanie nie zawsze odpowiada stanowi faktycznemu. Jednakże w zakresie funkcjonowania ubezpieczeń majątkowych na terenie wsi, a zwłaszcza w odniesieniu do rolników, występuje tu całkowita zgodność; rynek ubezpieczeniowy tylko w bardzo niewielkim zakresie obejmuje zarówno tereny wiejskie jak i rolników. Wskazuje na to również statystyka skarg wnoszonych do Biura Rzecznika Ubezpieczonych. W bieżącym roku skargi te stanowią ok o ło 20 % ogółu, ale jeżeli odliczyć problematykę OC kierowców oraz "stary portfel" PZU Życie, to liczba ta maleje i wynosi tylko niewiele ponad 7%. Nawet jeżeli przyjąć, że ta grupa osób rzadziej korzysta z możliwości skarg, odwołań itp. to i tak występuje tu znaczna dysproporcja między ogólną liczbą ludności utrzymującej się z rolnictwa a liczbą ubezpieczonych.
Jest to na pewno stan niezadowalający i to przede wszystkim z punktu widzenia obiektywnych interesów tej właśnie grupy, stosunkowo - chociaż są wyjątki - niezamożnej, lecz - co może brzmi nieco paradoksalnie - charakteryzującej się ilościowo większą niż przeciętna własnością nieruchomości, jak również z istoty zajęć zawodowych, narażonej na rozmaite zdarzenia powodujące uszczerbek tak w zdrowiu jak i w mieniu.
Przyczyny tego stanu rzeczy są, jak się wydaje, złożone. Można zaryzykować stwierdzenie oparte na różnych obserwacjach, że właśnie na wsi występuje generalny brak zaufania do ubezpieczeń. Wynika to z faktu, iż wciąż jeszcze - mimo likwidacji większości ubezpieczeń obowiązkowych - ubezpieczenia kojarzą się tam z podatkami i w ogóle z różnego rodzaju obowiązkami a nie korzyściami. Różnego rodzaju ciężary nakładane w różnym zakresie i natężeniu, a zwłaszcza ich wzrost u schyłku lat 40-tych, powodu j e do dziś niechęć do jakichkolwiek świadczeń, nawet tych, które tak jak ubezpieczenia, wiążą się z ewentualnymi korzyściami.
Pozostawienie przez ustawodawcę aż dwóch obowiązkowych ubezpieczeń związanych bezpośrednio z rolnictwem (OC rolników i ubezpieczenie budynków wchodzących w skład gospodarstwa rolnego), chociaż miało i ma swoje uzasadnienie, nie poprawiło wizerunku ubezpieczeń na wsi. Właśnie z terenu wsi kierowane były i są zarzuty w tym nawet o dyskryminacji rolników, których obciąża się - obok po w szechnie obowiązującego OC posiadaczy pojazdów - jeszcze dwoma, niejako "stanowymi" ubezpieczeniami. Niewiele pomaga tu, słabo zresztą docierająca do adresatów argumentacja o pozytywnych stronach takiej właśnie formy tych ubezpieczeń.
Dokonując zmian w prawie ubezpieczeniowym należałoby się zastanowić zarówno nad utrzymywaniem takiego właśnie zakresu obowiązkowych ubezpieczeń, jak i nad ich kształtem, W praktyce, na co wskazują m.in. obserwacje UFG - pisałem o tym w poprzednim miesiącu - obowiązkowość ta pozostaje w dużym stopniu na papierze. Organy samorządowe powołane do kontroli ich zawierania, przykładają do tego niewielką wagę, być może również ze względu na niepopularność samej instytucji, która mogłaby się łatwo przenieść na osoby wykazujące się t u rygoryzmem. Taki stan rzeczy powoduje fikcyjność całego rozwiązania, co jest wręcz zabójcze dla autorytetu prawa w ogóle a konkretnej jego postaci w szczególności. Albo więc przymus ten uczyńmy realnym albo zlikwidujmy. Wszystkim zwolennikom utrzymania, a nawet rozszerzenia zakresu ubezpieczeń obowiązkowych oburzonym być może takim stanowiskiem chcę nadmienić, że dostrzegając negatywne skutki z tym związane nie uważam likwidacji za słuszną, lecz utrzymywanie fikcji też do niczego nie prowadzi.
Niepopularn ość OC rolników bierze się również z występujących często w praktyce sporów dotyczących zakresu ochrony, a zwłaszcza oceny związku danego zdarzenia z prowadzeniem gospodarstwa rolnego (art. 4 p. 3 ustawy z dnia 28 lipca 1990 o działalności ubezpieczeniowe j ). Zakłady ubezpieczeń zbyt często - moim zdaniem - odmawiają wypłaty odszkodowań w wyniku zawężającej interpretacji tego pojęcia, co nie jest zresztą zbyt trudne, przy takim właśnie sformułowaniu ustawowym.
Wydaje się, że przy zachowaniu koniecznej wnikliwości - bo i tu przecież zdarzają się próby wyłudzeń - należy bardziej, niż to się zazwyczaj dzieje brać pod uwagę specyfikę zajęć wchodzących w skład tego zakresu.
Wreszcie, nienajlepszy wizerunek ubezpieczeń panujący na wsi należałoby zmienić przez znacznie aktywniejszą niż dotąd działalność edukacyjno-informacyjną. Szerokie pole do popisu mają tu różnorodne działające na wsi podmioty od tzw. "chłopskich" partii politycznych począwszy do różnorakich stowarzyszeń i związków. Także słabo dotąd obecne n a wsi organizacje konsumenckie miałyby tu wiele do zrobienia.
Zakłady ubezpieczeń wykazujące znaczną aktywność chociażby w sferze reklamy, nie do końca jakby konstatowały fakt swojej słabej popularności na wsi i konieczności doboru specyficznych środków, przy pomocy których docierałyby na wieś. Najlepszy, moim zdaniem, to dobrzy, znani w tych środowiskach pośrednicy, do których potencjalni ubezpieczeni mieliby zaufanie. Jak dotychczas aktywność jest w tym zakresie bardzo mała. A może zainteresować tą formą działalności nauczycieli wiejskich, pracowników bibliotek, wiejskich ośrodków zdrowia? Fachowość szłaby tu w parze z możliwością bliskiego kontaktu i zaufania do znajomego pośrednika. Nie odrodziły się na wsi, obecne przecież tam w okresie II Rzeczypospo l itej, Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych, a przecież w zakresie niektórych ubezpieczeń jest to forma niezwykle przydatna do takich środowisk.
W każdym razie, czekania na cud nagłego i samoczynnego wzrostu liczby ubezpieczonych rolników i innych mieszkańców wsi nie na wiele się zda a wieloletnie błędy i zapóźnienia w tym zakresie można i trzeba rekompensować aktywnością, która wreszcie powinna zastąpić narzekania "miastowych", że polska wieś wciąż nie nadąża za Europą.